Podawanie owoców i warzyw

Przy okazji uwag o menu warto powiedzieć słowo o podawaniu owo­ców, a także różnego rodzaju sałatek. Owoce pojawiają się w czasie przyjęć, ale są ostrożnie omijane. Naturalnie przy szwedzkim bufecie nie mają szansy, bo trudno je konsumować na stojąco i to w wieczoro­wym garniturze. Obserwacja wydaje się jednak wskazywać, że rodacy nie bardzo wiedzą, jak się do surowych owoców zabierać. Wyjaśnienie jest proste: używa się do tego nożyków i widelców, ale specjalnych, przypominających nakrycie do deserów (mniejsze talerzyki i sztućce). Orientację ułatwia fakt, że podawane są do stołu później (nie po­winny leżeć od początku). Szczególnie potrzebne są nożyki do anana­sów, melonów i brzoskwiń, ale ich użycie także obowiązuje do jabłek czy gruszek. Owoce pestkowe, np. wiśnie z kompotu, najpraktyczniej jest darować sobie, trudno bowiem jeść je nożem i widelcem. Wracając na grunt domowych „przyjątek”, ograniczmy się do ra­dy praktycznej: można owoce podawać pokrojone w ćwiartki i wydrą­żone, wtedy z pewnością będą miały powodzenie! O innych wyszuka­nych potrawach pomówimy przy okazji zachowania w restauracji.

Rozmowa podczas jedzenia

Dlaczego to istotne? Otóż owo naganianie do jedzenia powoduje chaos w rozmowie, bo wszyscy są wciągani w owe operacje i koncen­truje się uwagę tylko wokół rodzaju sałatki. W pewnym sensie lepiej za mało niż za dużo jedzenia. W praktyce pewnie to właśnie będzie w sam raz. W sukurs zakończeniu tej wymuszonej działalności przychodzi roz­powszechnienie się przyjęć na stojąco (raczej nie w warunkach domo­wych) i bufetów szwedzkich obserwowanych przy okazji wyjazdów, a otwierających gościom szansę samodzielnego decydowania, co i kie­dy będą jedli. Bardzo często w warunkach ciasnoty domowej obserwu­je się coś pośredniego: goście w zasadzie siedzą, ale w miarę ochoty korzystają z zimnego bufetu, napełniają talerzyki i ewentualnie wra­cają na stare miejsce. Ten układ daje poczucie sympatycznej prostoty. Naturalnie pociąga to za sobą konieczność zmian w menu, i to nie tylko polegających na rezygnacji z trudnych do serwowania dań go­rących. Również dania zimne, rozmieszczane przez gości na talerzy­kach, trzeba nieco inaczej skomponować. Nie ma miejsca na duże piaty szynki, na piramidy dodatków piętrzące się na kanapkach (chyba że chcemy mieć to na dywanie). Muszą to być porcje niewiel­kie, typu na „raz na widelec”. Co nie znaczy, że bierze się tylko jedną taką porcję każdy ma tu wolną rękę.

Imieniny

Mają one jeszcze jedną zaletę są łatwiejsze do przygotowania. W końcu imieniny mają być przyjemnością dla solenizanta, a nie „sza­leństwem” przygotowań. Jeśli będzie on mógł choć część czasu spędzić z gośćmi, będzie miał i przyjemność, i możliwość pokierowania w taki sposób rozmową, by zapomnieli o doświadczeniach z ubiegłego roku. Jedzenie to trudna sprawa: co, jak, kiedy i gdzie. Szczególnie jed­nak, ile… Zauważyliście Państwo może, że nie przypisuję tym sprawom wielkiego znaczenia, ale o przymuszaniu, na wsi nazywanym „prynu ką”, trzeba coś powiedzieć. Są takie domy, gdzie natychmiast po zaję­ciu miejsca za stołem zaczynają gościom nakładać na talerz koszmar­ne ilości wszelkiego jedzenia. Protesty nie pomagają, czuliby się obrażeni, gdyby ktoś bronił się zbyt energicznie. Przodują w tym star­sze panie o przeroście instynktu opiekuńczego. Może jest to także utrwalony nawyk z ciężkich czasów, gdy goście, wiedząc jak jest cięż­ko, starali się nie rujnować gospodarzy niezdrowym apetytem? W każdym razie, jeśli ktoś chce być nowoczesny, powinien raczej sam demonstrować, że coś tam kładzie na talerz, i w ten sposób wskazywać, że korzysta ze smakołyków, nawet bez zaproszenia (nie dotyczy to alkoholu, o tym osobno!). Jeśli i to nie pomoże, trzeba zde­cydowanie podziękować. Dobrze też na ogół działa, jeśli część kolej­nej porcji zostawi się na talerzu. W każdym razie gospodynie mają oko na takie gesty.

Dobór gości

Większym problemem niż zestaw gastronomiczny jest dobór go­ści. Mamy na ogół w zasięgu widzenia pewną grupę osób z różnych środowisk, w różnym wieku i o bardzo różnych zainteresowaniach. Załóżmy, że miejsca w domu jest dosyć i że decydujemy się zaprosić wszystkich razem. Być może wszyscy będą się dobrze czuli i właśnie to zróżnicowanie spowoduje, że rozmowy będą interesujące i ożywio­ne. Ale mogą nas nawiedzić i inne myśli: przed rokiem wyniknął z te­go zamęt, rozpoczęła się chaotyczna sprzeczka, której w żaden spo­sób nie można było opanować. Czy wobec tego, myślimy, nie byłoby lepiej podzielić gości na dwie grupy, według jakiegoś klucza? Wiem, dlaczego się wahacie. Boicie się, że przy takim podziale ktoś się poczuje obrażony, bo znalazł się w „gorszej grupie”. Owszem, znam dokładnie taki przypadek (poszło o obrażonych tym, że nie zna­leźli się razem z ogólnie szanowanym zastępcą dyrektora). Wniosek jest taki: nie znając konkretnego układu, trudno głosować za sztyw­nym podziałem. Wielokrotnie jednak obserwowałem, że takie przyję­cia w mniejszym gronie, bardziej zgranym, lepiej się udają.

Sytuacja bez wyjścia

W sytuacji odwrotnej, gdy chcemy zostać zaproszeni, dzwonimy rano (ale nie o świcie!) i nie dajemy tym samym wyboru zaprosze­nie jest pewne! Właściwie, przesadziłem jeśli ktoś nie chce zapro­sić, całkiem spokojnie może stwierdzić: „W tym roku nic nie urzą­dzam”. Tak bywa często, więc też nie ma potrzeby ani obowiązku da­lej się tłumaczyć. Tę metodę radzę wybierać w wielu sytuacjach, nie kręcić, nie zmyślać, bo jest to pewniejsze, nie ma obawy, że się kłam­stwo wyda. Często jest to wręcz żałosne, gdy kłamca zapomni, że po­przednio skłamał, i sam się zdemaskuje.Przyjęcia imieninowe mogą być bardzo różne, od niezobowiązu­jącego spotkania przy drinku (menu: chipsy lub orzeszki z solą, plus wytrawne czerwone wino lub kieliszek brandy) poprzez tradycyjne, ale ozdobne kanapki z serami czy wędliną jako zakąska, po czym kawa lub herbata i domowe ciasto, aż do proszonego obiadu.